Dzisiaj bolał mnie brzuch, więc postanowiłem rozchodzić to na rowerze.
Potem pomyślałem, że połączę przyjemne z pożytecznym i poszukam dzikich gruszek na dżem.
Swoją drogą – czy sierpień to nie za wcześnie na gruszki?
Pierwsze 20 km było spoko, ale potem trafiłem na lewy brzeg Odry między Ratowicami a Oławą.
A tam: chaszcze po szyję, kleszczy milion (Czubak zawsze zbiera na tym odcinku pełen komplet, kiedy spacerujemy), dębów w opór. A jak dęby, to i dziki.
Po drodze znalazłem jabłka. Gruszki też. Były tylko jeszcze niedojrzałe.
Za Oławą koniec relacji, bo zezgonowałem.








